Estetyczną rewolucję czas zacząć

Miejsce: Wrocław, podobno reprezentacyjna ulica Świdnicka, Dom Handlowy „Podwale”. Czas: początek września 2013. Akcja: zdejmują kolorowe szmaty, które od lat okrywały ciało secesyjnego budynku autorstwa Martina Schneidera. Chciałoby się rzec, że w mieście nastąpiła rewolucja estetyczna. Że cieszyć się musimy, bo jest nadzieja, że za tym przykładem pójdą inne. Chwilę przed tym wydarzeniem z grubsza czyszczone są kolumnady arkad pomiędzy ulicą Piłsudskiego a Placem Kościuszki. Co więcej, miejskie władze od dobrych kilku miesięcy pracują nad planem wyeliminowania reklamowych szmat ze ścisłego centrum miasta. Wzorem ma być Kraków, który sobie z tą kwestią poradził wprowadzając park kulturowy na terenie Starego Miasta i okolic. Rewolucja pełną gębą. Oby tylko była kontynuowana.

Aby do rewolucji jednak mogło dojść, minąć musiało ponad dwadzieścia lat demokracji i kapitalizmu, który zawłaszczył przestrzeń publiczną. Zagarnął niemal każdy kawałek wolnej ściany wzdłuż ruchliwej ulicy lub skrzyżowania. Zajął skwery i placyki, ustawiając bilbordy o powierzchni dużego mieszkania. Wywiesił się na poręczach balkonów. Zaczął epatować ledowymi ekranami oślepiającymi kierowców, rowerzystów i pieszych. Musiało minąć kilkadziesiąt lat, abyśmy zrozumieli, że reklama zewnętrzna wcale nie jest piękna, że jej kolory i krzykliwość już nie zachwycają. Ż e zamiast kilkudziesięciu złotych w kasie raz na jakiś czas, znacznie lepszy dla oczu i ducha jest estetyczny porządek naszych kamienic i ulic. Co więcej zauważył to też Prezydent RP i uruchomił własną ofensywę ustawodawczą w tym temacie. Jest więc nadzieja,  że coś się powoli zmienia, że może za kolejne kilkanaście lat będzie u nas tak, jak to jest w krajach rozwiniętych.

W Szkocji w każdym z większych miast pracuje miejski plastyk – obrońca estetycznego ładu. Pilnuje nie tylko tego, aby pseudograffiti nie pojawiało się w miejscach publicznych, ale też na przykład, aby w danym miejscu nie montowano plastikowych okien zamiast drewnianych. W centrum Edynburga, Glasgow, Dundee, Aberdeen czy Inverness nie napotkamy na wielkopowierzchniową szmatę powieszoną przy głównej ulicy handlowej. Ulice za to „szpecą” klomby z kwiatami, kosze na śmieci rozstawione co kilkanaście metrów czy poranni i wieczorni sprzątacze. Porządek musi być. Porządek znaczy tam szacunek dla architektury, kultury i historii danego miejsca.

Przeczytałem ostatnio, że Polacy nie lubią reklam na ulicach. W ankiecie sporządzonej na potrzeby TNS Polska 90 procent pytanych stwierdziło, że ważne jest dla nich, aby miejsce, w którym mieszkają było ładne, a 66 procent zdecydowanie poparło twierdzenie, że reklamy na ulicach szpecą i zaśmiecają krajobraz. Być może to tylko ankieta, ale jej wyniki niosą nadzieję na przyszłość. I tego się trzymajmy. I kibicujmy tym, którzy o estetyczną wartość kraju walczą.