Strategia dla odchodów, niedopałków i zawrotnych prędkości

Mamo, kupę! Tato, siku! Dzieci bawiące się na placach zabaw we wrocławskich parkach nagle muszą. Jak to dzieci. Co na to rodzice? Albo pośpiesznie umykają wraz z napiętymi pociechami do domów, zwijając uprzednio majdany, które zwykle taszczy się wraz z dziećmi; pędzą do domów licząc na to, że pociechy ani się zsikają, ani też nie przestanie im się chcieć (w obu przypadkach rodzice byliby zawiedli w roli dobrych opiekunów). Albo bierze rodzic pociechę na bok, pod drzewko, na parkowym trawniku i rach-ciach – kupę niech dziecko robi tu i teraz. Tuż obok sterty wypalonych przed chwilą przez gimnazjalną młodzież „za winklem” kiepów. Wyjścia cywilizowanego nie ma. Bo we Wrocławiu szalet to dziw nad dziwami, miejski biały kruk. Szczególnie nie ma ich w parkach. A najbardziej ich nie ma tam, gdzie są rodzice z dziećmi, czyli przy placach zabaw.

Szalet nie mieści się we Wrocławiu „pierwszej prędkości”; w mieście „na wskroś europejskim”, jak określił je Dariusz Mącarz, prowadzący panel dyskusyjny w ramach niedawnej konferencji „Plan dla Polski w Europie”. Wydarzenie to poświęcono częściowo przyszłości Wrocławia w płynnej i odjeżdżającej nam, zdaje się, nowoczesności. Okazało się, że w nowoczesnym Wrocławiu mamy już prawie wszystko to, co mają w godnej pozazdroszczenia zagranicy.

Mamy podobno wspaniale wykształcone kadry. Mamy nową korpo-klasę-średnią, która – jak dowodził Prezes Zarządu Polskiego Stowarzyszenia Public Relations Szymon Sikorski – nie chce już posiadać, bo chce być i żyć; nie chce jeść w domach, bo może przecież jeść w modnych restauracjach; zna wiele języków oraz turkusowe metody zarządzania. Osoby te, w wyobrażeniu bywalców modnych paneli dyskusyjnych, zwykle jadają lody o smaku kaszy gryczanej, pijają kawę z mlekiem owsianym i – zarabiając aż trzy tysiące na rękę – królują życiu.

Mamy miejskich aktywistów. Mówiono na konferencji, że tacy młodzi to podobno tylko siłą zdołają wysadzić z siodeł Grzegorza Romana i jego srebrnogłowych kolegów, pozostających, jak wiemy, w świetnych humorach bez względu na miejskie okoliczności. Pan Roman oznajmił zresztą expressis verbis, że oni, dziadki, nigdzie się nie wybierają i jeśli ich ruszyć, to tylko siłą. Mimo że sami zdają sobie sprawę z własnej anachroniczności i wypalenia.

 Mamy w końcu sharing economy – czyż współczesne miasto mogłoby bez niej żyć? A czy mogłaby się odbyć nowoczesna konferencja bez jej wspomnienia? I wielkie, międzynarodowe firmy mamy, i galerie handlowe, i restauracje McDonald’s. Ba, jak przystało na europejskie miasto pierwszej prędkości, mamy nawet Burger Kinga! Fakt, że surrealistycznie wbitego w zastygły we wczesnych latach 90. dom handlowy Feniks (niegdyś perłę architektury, a dziś ponowoczesne multi-dziwadło), świadczy tylko o naszym, miasta-spotkań, mentalnym otwarciu. I nawet mamy osiedla, które pragną – podobno – autonomizować się w sensie politycznym. Szczególnie chyba te, gdzie frekwencja w ostatnich wyborach do osiedlowych rad oscylowała w okolicy 3%.

Mamy to. Jesteśmy już miastem, które – znów przywołując Mącarza – nie musi już niczego udowadniać i nie ma powodów do kompleksów. Tylko zapomniało się władzom, że wszyscy wydalamy i śmiecimy. Nawet pijacze Iced White Caffè Mocha i zjadacze jagodowych muffinów za 30 złotych chcą mieć gdzie zrobić siku, jak już wyjdą z tych modnie czarnych biurowców po brunchu i sushi. I pragną wyrzucić niedopałek, choćby to był L&M Link Mint Stix, realizując zadanie „wyprowadzić dziecko na plac zabaw” w ściśle określonych godzinach, łaskawie pozostawionych im przez firmę na życie prywatne.

Zapomniało się albo się nie wie, że jakość życia w mieście to nie bliżej nieokreślone, niemierzalne fantazje. W czasie konferencji Sikorski ujawnił, co prawda, że będąc wykładowcą SWPS badaniom społecznym nie bardzo ufa. Ja jednak pragnę zauważyć, że m.in. dzięki tymże badaniom oraz zdrowemu rozsądkowi na świecie mniej więcej wiadomo:

jakość życia i „pierwsze prędkości” we współczesnych miastach tworzą łatwo dostępne, dobrze wyposażone skwery i parki oraz szeroko rozumiane usługi publiczne utrzymywane na wysokim poziomie z (o zgrozo!) naszych podatków. Dobrze się żyje w miejscach, gdzie kierowcy nie próbują nikogo zabić, przejeżdżając przez przejście dla pieszych, na którym zielone świeci się przez 2,25 sekundy, a czerwone przez 2 minuty. Bardzo jest też miło wszędzie tam, gdzie krawężniki nie są wysokie na 30 centymetrów, a chodniki nie wyglądają jak tuż po wojnie albo na zmokniętym księżycu. Tam jest dobrze, gdzie sieci komunikacji publicznej po prostu się buduje, zamiast latami „konsultować”.

Bo nie wszyscy zarabiamy aż trzy tysiące dzięki władaniu ośmioma językami, wykształceniu we wrocławskich szkołach światowej przecież klasy i chęci codziennego opuszczania swojej „strefy komfortu”. Ale wszyscy wydalamy, śmiecimy i chcemy się czuć bezpiecznie. Wygląda na to, że aby obecne władze miasta to zrozumiały, to muszą się odbyć konsultacje społeczne oraz konkurs budżetów obywatelskich. Albo musi sprawę szczegółowo prześwietlić nowo rekrutowany w Urzędzie Miejski Ogrodnik.


Fot. główna: M. Dębek