Wroclavia słodko-gorzka [felieton Dębka]

Nowobudowana Wroclavia jest jak nieatrakcyjna dziewczyna, dochodząca do Twojej klasy z początkiem nowego roku. Jesteś sam, od lat nie masz się do kogo przytulić, a przecież chciałbyś pójść na lody i kawę w miłym towarzystwie. Machasz więc ręką na jej wątpliwą urodę i mówisz – dobra, niech już będzie ta brzydula… no, to znaczy ta Wroclavia właśnie. Wolałbyś kobietę nietuzinkowej urody, z krwi i kości, o inteligentnym spojrzeniu – taką florencką uliczkę handlową. Ale żyjąc samotny, na handlowo-usługowej pustyni, bierzesz tę, co do klasy przyszła – mało finezyjną, sztuczną, zorientowaną jedynie na pieniądz, teflonową „bejbi”. Bo jednak ma niewątpliwe walory, do których osamotniony możesz się przytulić. No i nie jest z dworca. Najlepiej zrozumieją mnie ci, którzy znają handlowo-usługowy krajobraz północnych Hub.

Femmes fatales

Wroclavia zauroczy nas, jak wcześniej inne w jej typie, zdobędzie i wykorzysta. Ucieleśni to, czego się boimy i będzie miała wiele cech, których pożądamy, do których lgniemy. A boimy się, od lat, że takie jak ona – femmes fatales, nowoczesne centra wielowymiarowej konsumpcji – to morderczynie bezbronnych, lokalnych, małych przedsiębiorców. Ta akurat nikogo nie zabije, a może wręcz przeciwnie – przyciągając w okolicę tysiące ludzi uruchomi (wreszcie) niemal nieistniejący dotychczas hubski handel i usługi. Choćby dlatego, że będzie gdzie w cywilizowany sposób i zapewne darmowo na chwilę zaparkować. Po wizycie we flagowych „konceptach” zachodnich i polskich marek wewnątrz, może ten i ów wychyli głowę na zewnątrz; może przejdzie przez ulicę i dla odmiany skorzysta z oferty „konceptów” okolicznych, rodzimych, hubskich?

Boją się krwiożerczości Wroclavii przedsiębiorcy z różnych części miasta, choćby ze Świdnickiej. Niepotrzebnie. Wejście do miasta tworu o co najmniej regionalnym zasięgu nie ma związku z biznesowym powodzeniem odległych o kilometr starych pączkarni, borówek i wyspecjalizowanych sklepów rowerowych. Mogliby się obawiać przedsiębiorcy ze środkowej ulicy Piłsudskiego, ale ci albo się nikogo nie boją (jak to lombardy i całodobowe tzw. „punkty ksero”), albo od lat pozostają w dziwnym letargu.

Mogłaby się Wroclavii obawiać ulica Małachowskiego, ale ta od lat jest handlowo-usługowym trupem, wstrząśniętym ostatnio jedynie punktowo świeżą, hipsterską krwią Silver Tower. Wieża jest jednak samowystarczalna i raczej bać się niczego nie musi. Trwożyć się mogą natomiast zarządzający Arkadami Wrocławskimi i galerią handlową Sky Tower. Ale ci, bez wątpienia, poradzą sobie z nową koleżanką w klasie. Turbulencje mogą też czekać mikro-galerię na dworcu kolejowym. Elastyczność i zdolności reakcji w PKP S.A. pozostają enigmatyczne, więc może być interesująco. Na oficjalnej stronie internetowej dworca ostatni wpis w tzw. aktualnościach pochodzi sprzed trzech lat, więc ciekawie będzie na pewno. Przy czym raczej nie popsuje się tam biznes polskim przedsiębiorcom; tych jest na dworcu przecież ledwie kilku, pomiędzy międzynarodowymi gigantami rozdającymi zasadnicze karty podróżnym.

Boimy się też, że Wroclavia – bardziej nawet niż inne galerie – wessie do wewnątrz fanów niewymagającej rozrywki. W końcu będzie tam dwudziestosalowe kino IMAX i niemały food court z „konceptem Vapiano”. „Koncept” ten, a właściwie włoska restauracja, musi mieć w sobie coś hipnotycznego, był bowiem szczególnie uwypuklony przez Weronikę Skupin z Gazety Wrocławskiej. To u nas taki rodzaj strachu z nutką ekscytacji. I obawiamy się, i bardzo chcemy – wszak IMAX’a u nas jeszcze nie było, a mówimy, że metropolią europejską bez kompleksów jesteśmy! Będziemy tam bywać.

Jesteśmy rozczarowani, bo podobnie jak inne nasze galerie, femmes fatales, tak i Wroclavia, w dużej mierze odwraca się do naszej klasy, miasta naszego, plecami. By nie powiedzieć bardziej dosadnie. Jak wszystkie one, także i Wroclavia jest zdecydowanie introwertywna. Odcina się wyraźnie od otaczającej ją przestrzeni miasta, oddziela od świata zewnętrznego całkiem dosłownie: murami bez okien. Wszystkie wrocławskie femmes fatales są w tym sensie anachroniczne i boleśnie schematyczne (jednocześnie sprawia to, że ludzie czują się w nich swojsko i bezpiecznie). Miasto galerii handlowych to miasto nieciągłe, przestrzeń punktowo zaznaczonych, promieniujących do wewnątrz, prywatnych i pod każdym względem kontrolowanych bytów wsysających ludzi (i zawartości ich portfeli) do środka, niczym czarne dziury na miejskich mapach. Nie inaczej zadziała Wroclavia, na co od dawna słusznie zwracają uwagę wrocławscy aktywiści.

Co rusz gdzieś na internetowych forach mówimy, że Wroclavia to dziewczyna, delikatnie mówiąc, niepiękna. „Bunkier”, pisze się o niej, „reaktor atomowy”, „moloch”, „Godżilla” albo, delikatniej, „statek kosmiczny”. O gustach dyskutuje się trudno, ale obiektywnie rzecz ujmując nowa jest masywna, dominująca i – przede wszystkim – bardzo przygnębiająco wygląda od strony ulicy Dyrekcyjnej. Choć – przyznam – nigdy nie był to i nie będzie (tym bardziej właśnie po wybudowaniu Wroclavii) pierwszorzędny wrocławski deptak.

Boi się też pewna grupa ludzi, że umieszczenie metropolitalnego, międzynarodowego dworca autobusowego w prywatnej przestrzeni, którą właściciel może przecież zamknąć, to może nie był najszczęśliwszy pomysł. Pomijając zdumiewającą jego lokalizację: pod ziemią… To oczywiście obawy – jak to się dziś mawia – krypto-komunistów, hipsterstwa i rowerowych wege-terrorystów, ale trudno się przecież nad prywatyzacją przestrzeni publicznej chwilę nie zadumać. Dworzec w galerii handlowej będzie całkowicie na jej łasce i to ona będzie nim dysponować wedle własnego uznania. Nie miasto; nie my, wrocławianie. Oczywiście jasne jest, że dobrze działający dworzec zintegrowany z galerią jest w jej interesie, ale… Zawsze pozostaje w takich przypadkach pytanie, czy autobus z ubogimi, niepachnącymi osobami nie wpisującymi się w target galerii będzie traktowany na galeriowym dworcu tak samo, jak inne, wiozące więcej pieniędzy w portfelach podróżnych. A mieliśmy dworzec publiczny, egalitarny. Co prawda wyglądał jak skrzyżowanie marokańskiego żywiołu społecznego i wykrzywionego wszelkimi chorobami socjalistycznego modernizmu z bieda-kapitalizmem wczesnych lat 90. Ale był nasz, wrocławian. Miś na miarę naszych mentalnych i kapitałowych możliwości. Czy jego quasi-publiczny następca – cywilizowany, błyszczący pieniądzem i uwodzący powabem nieskrępowanej konsumpcji – będzie dla nas, obywateli tego miasta, równie dobry? A może lepszy? Głosy bywają w tej sprawie różne. Zobaczymy.

Tak to już z galeriami jest – mówi się, że nie chcemy ich więcej, że dosyć, że tych tortur miejskiej społeczności już za wiele; więcej niż w innych podobnej wielkości miastach. Jednocześnie wciąż ich pragniemy, lgniemy doń i czujemy, że to właśnie one nas zaspokajają. Każda z wrocławskich femmes fatales notuje od 6 do ponad 10 milionów odwiedzin rocznie. A przecież nie wszyscy jesteśmy masochistami, nieprawdaż?

Słodka

Mówiąc zupełnie serio i wracając do metafory ciepło przyjmowanej, mimo mankamentów, dziewczyny: otwarcie Wroclavii zrewolucjonizuje Huby. Po pierwsze, wniesie rozsądnej jakości ofertę handlowo-usługową na to niemal jałowe komercyjnie osiedle. Wreszcie będzie można się napić kawy w kawiarni gdzieś indziej niż na dworcu kolejowym. Można będzie zjeść coś innego niż wątpliwej jakości drożdżówkę lub batona, w otoczeniu innym niż kolejowy dworzec. Po drugie, istnienie Wroclavii uporządkuje może parkingowo-autobusowo-busikową apokalipsę, z którą mieszkańcy północnych Hub mają do czynienia od lat. Zwykle jestem przeciwny likwidacji publicznych miejsc parkingowych, ale to, co wyprawiają codziennie kierowcy w okolicy ulic Joannitów, Dawida i Dyrekcyjnej, woła o pomstę do magistratu. Galeria handlowa będzie prawdopodobnie oferowała miejsca parkingowe z pierwszą godziną gratis, co – mam nadzieję – skutecznie odblokuje okoliczne chodniki, trawniki, przejścia dla pieszych i skwery. Galerie handlowe są bowiem w tej chwili najtańszymi w mieście parkingami krótkoterminowymi, tańszymi nawet niż miejsca miejskie.

Poza tym Wroclavia, jakkolwiek brzydka i odwrócona plecami do miasta by nie była, jest z całą pewnością bardziej współczesna i europejska niż archaiczny, zapyziały dworzec autobusowy, straszący i przygnębiający tu ludzkość przed nią. I bez wątpienia bezpieczniejsza niż park zwany „Małpim Gajem”, który rozciągał się tam jeszcze do lat 70.

Gorzka

Oprócz wszystkiego, co napisałem powyżej o mniej lub bardziej uzasadnionych obiekcjach wobec galerii handlowych, trzeba przyznać, że Wroclavia ma też rzeczywiście ciemne strony. Przede wszystkim mówi się, że „można było inaczej”; że nie trzeba było pozwalać na budowę tak olbrzymiej kubatury; że można było zaplanować na tym terenie więcej zieleni. To prawda. Można było. I prawdą jest, że pozwolenie na budowę tak ogromnego gmaszyska jednemu inwestorowi jest po prostu pójściem przez miasto na łatwiznę. W konsekwencji zamiast ciekawej zabudowy centrotwórczej – choćby też była centrum handlowym, jak na przykład The Bullring w brytyjskim Birmingham – pozwolono na budowę kolejnej „czarnej dziury”, skierowanego do wewnątrz olbrzyma o potężnej grawitacji. Chociaż, o dziwo, od strony ulicy Suchej elewacja ma być przezierna. Przynajmniej tyle „ulicy handlowej” uda się wykroić z banalnego „konceptu” staroświeckiej w istocie galerii handlowej.

No i z pewnością zwiększy się w jej okolicy ruch samochodowy, szczególnie spoza miasta. To na pewno podniesie poziom hałasu i wpłynie negatywnie na jakość okolicznego powietrza. Przy czym należy pamiętać, okolice dworca zawsze były i będą bardzo obciążoną wszelkim ruchem częścią miasta, więc arkadyjskiej ciszy i spokoju w takim miejscu nie należy się ani spodziewać, ani krzykliwie postulować.

*

Moim zdaniem Wroclavię należy traktować z dystansem i luzem. Jej pojawienie się nie jest dla naszego miasta ani żadnym dramatem, ani wyczekiwanym błogosławieństwem. W skali ogólnomiejskiej galeria ta raczej nie zmieni wiele, w skali lokalnej, hubskiej, może zadziałać nieco in plus. Czysto urbanistycznie budowla ta „siedzi” zadziwiająco dobrze, biorąc pod uwagę otaczający ją kontekst miejski. Nawet jeśli rozciąga się na powierzchni porównywalnej z dwom dużymi, tradycyjnymi kwartałami, to w tej lokalizacji nie razi. Architektonicznie jest dyskusyjna, ale głównie ze względu na bunkrowy charakter, szczególnie od strony ulicy Dyrekcyjnej.

Nie ma powodu do paniki, ani do zachwytów nad Wroclavią. Ot, nowa koleżanka w klasie. Nie bardzo znacząca, nie pierwsza i nie ostatnia.

Fot. Michał Dębek