Zamiast zwalczać Maraton we Wrocławiu pomyślmy, jak go ulepszyć

Zamiast zwalczać maraton we Wrocławiu, lepiej pomyśleć, jak lepiej zorganizować życie miasta w dniu wielkiego święta biegaczy. Wrocław to nie tylko ulice i samochody, to przede wszystkim żywe, ambitne miasto. Dlatego warto docenić maraton – jako okazję do przełamania codziennej miejskiej rutyny.

Co roku we wrześniu jest we Wrocławiu taki dzień, kiedy pół miasta zmienia się w arenę sportowych zmagań. To dzień Maratonu Wrocław. Z ulic na wiele godzin znikają samochody, a kierowcy oczekują, aż ambitni biegacze powalczą z królewskim dystansem o długości ok. 42 km. Niektórzy biegną wolno, wręcz drepczą – jasne! I trudno, aby było inaczej, bo maraton to wielka próba umiejętności, odporności, charakteru i wytrzymałości. Nie każdemu uda się ją przejść pomyślnie, ale samo podjęcie wyzwania zasługuje na szacunek.

Dlatego uważam, że maratończyków należy wspierać, promować i doceniać – choćby przez dopingowanie ich na trasie i zwykłą ludzką życzliwość. Każdy, kto z własnej nieprzymuszonej woli przebiegł w życiu choćby te skromne 4 lub 5 km wie, że bieganie wymaga pewnej siły charakteru i woli, by założyć buty biegowe, wyjść z domu, nie wycofać się przy pierwszych bólach mięśni, tylko trzymać się założonego planu. Bieg na dystansie ponad 40 km zasługuje na tym większy szacunek.

Maratonu zaś nie trzeba ani się bać, ani go zwalczać. Śmieszne (to najłagodniejsze ze słów, które przychodzi mi na myśl) jest też porównywanie wrocławskiego maratonu do ataku terrorystycznego, a taka metafora znalazła się niedawno na łamach jednej z miejskich gazet. Nie chodzi nawet o przyzwoitość lub o zachowanie właściwych proporcji do opisywania lub komentowania rzeczywistości. W kwietniu 2013 r. doszło do tragedii podczas maratonu – terroryści zaatakowali podczas biegu w amerykańskim Bostonie. W tym ataku zginęły trzy osoby, a prawie 300 zostało rannych. Dlatego doprawdy nie rozumiem, jak spokojny bieg we Wrocławiu można stawiać w jednym rzędzie z terroryzmem. Taki komentarz przekracza bariery etyczne, stanowi też dowód na pogardę dla ofiar ataku terrorystów na maraton w Bostonie.  I we wrocławskiej debacie publicznej nie powinno być miejsca na tego typu opinie.

Papier jednak zniesie wszystko, niesmak minie i warto skupić się przede wszystkim na samym Maratonie Wrocław. Bo też co roku wokół zawodów narasta mnóstwo kontrowersji i toczą się debaty, w których słychać nawet bardzo krytyczne głosy.

Maraton blokuje ulice Wrocławia – to fakt. Czy da się coś z tym zrobić, aby było lepiej, lżej? Trudno znaleźć dobrą odpowiedź na to pytanie. Wrocław nie jest znowu aż tak dużym miastem, by można było wytyczyć w nim trasę biegową o długości ponad 40 km poza ważnymi ulicami. Maraton zahacza o bardzo dużą część miasta i problemów w dniu zawodów nie da się uniknąć. Można za to szeroko informować o dacie maratonu i spodziewanych utrudnieniach w ruchu aut. I to się dzieje, a w tym roku dawka informacji o maratonie była bardzo duża. Lokalne gazety i portale internetowe, barierki drogowe ułożone profilaktycznie bodaj tydzień przed samymi zawodami, znaki drogowe informujące o zakazie parkowania w dniu maratonu… To wszystko było. I wiedząc, że maratonu uniknąć (i często też objechać) się nie da, można było lepiej zaplanować niedzielne zadania.

Maraton we Wrocławiu zabiera też tylko jeden dzień w roku, i to nawet nie całą dobę, tylko kilka godzin. Miasto to zaś nie tylko ulice, korki, ruch samochodów, stały rytm. Miasto to żywy organizm, w którym raz do roku można zaplanować coś, co przełamie typową rutynę. I nie świadczy to o jakiejś wyjątkowej zachłanności w pożeraniu miejskiej przestrzeni tylko na potrzeby biegaczy. Na co dzień po Wrocławiu jeżdżą samochody, rowery, autobusy i tramwaje. Wiele zrobiono już, by lepiej wyważyć proporcje między ruchem aut, a ruchem rowerów i poprawą sytuacji pieszych. Mnóstwo jest jeszcze do zrobienia, ale to ruch kołowy w typowy wrocławski dzień ma absolutne pierwszeństwo, jeśli chodzi o sposób organizacji komunikacji w mieście.

Wyjątkowa zmiana ról i oddanie ulic Wrocławia na czas maratonu głównie biegaczom powinna być traktowana jako akt agresji wobec “miejskiej normalności” czy “spokojnego, miejskiego życia”, bo takie komentarze też padały w dyskusji publicznej. To po prostu jest miasto – ze swoją żywotnością, różnorodnością, ze sportowymi aspiracjami jego mieszkańców oraz przyjezdnych, którzy goszczą we Wrocławiu w walce o pokonanie zawieszonej wysoko biegowej poprzeczki.

Co można zrobić lepiej, aby Maraton Wrocław był mniej uciążliwy dla mieszkańców? Pierwszą sprawą, która nasuwa się na myśl, to komunikacja zbiorowa. Trudności wynikające z maratonu są bowiem bardzo demokratyczne. W korkach stoją bowiem i kierowcy aut, i autobusy oraz tramwaje MPK. Wozom transportu miejskiego podczas maratonu warto poświęcić więcej uwagi. Być może warto rozważyć zmianę tras – tak, aby bardziej narażone na korki autobusy podczas maratonu woziły pasażerów do węzłów przesiadkowych? To tylko jedno z pytań, kolejne powinni postawić sobie organizatorzy oraz miejscy logistycy.

Pole do popisu mają też pracownicy służb mundurowych odpowiedzialni za bezpieczeństwo podczas maratonu. Ich też warto uwrażliwić na to, by w miarę możliwości jak najczęściej przepuszczać autobusy na odcinkach ulic, przez które akurat nie biegną sportowcy. Takie rozwiązanie obserwowałem w praktyce w pobliżu mojego domu, położonego akurat przy trasie maratonu. I nie zauważyłem, aby wozy linii 136 jadące zarówno na Kozanów, jak też na Tarnogaj stały zbyt długo w oczekiwaniu na przejazd. Policjanci na bieżąco czuwali nad sytuacją, przepuszczając autobusy MPK. Czy jest to rozwiązanie możliwe do zastosowania w skali całego Wrocławia? Na to pytanie niech odpowiedzą spece od organizacji maratonu. Uważam za to, że tej odpowiedzi poszukać warto, bo może pomóc w ułatwianiu życia we Wrocławiu podczas maratonu.

Spory wokół maratonu we Wrocławiu tak na dobrą sprawę dotykają innych, podstawowych kwestii. A mianowicie: jak godzić różne, często sprzeczne interesy w tak dużym mieście, jak Wrocław? Na ile potrzeby jednej grupy, które godzą w potrzeby innych osób, można forsować, na ile się zgadzać? I jak kształtować ten miejski zbiorowy ład, aby każdy w nim się odnalazł?

Moim zdaniem, nie ma tu idealnego rozwiązania ani żadnej czarodziejskiej różdżki, która pomoże je znaleźć. Wystarczy zaś odrobina tolerancji i szacunku dla cudzego wysiłku. Tak, jak piesi nie chodzą na co dzień przez środek trzypasmowej Legnickiej, bo nie tylko złamaliby prawo, ale też narazili na poważne kontuzje, tak kierowcy tego jednego dnia w roku mogliby nieco przymknąć oko na to, że podczas maratonu płynna jazda po Wrocławiu przez kilka godzin jest nierealna. Taki zabieg na własnej mentalności i podejściu do dobra wspólnego, jakim jest miasto, na początek wystarczy. A jeśli organizatorzy dorzucą od siebie jeszcze lepsze informowanie o maratonie oraz większą troskę o wozy komunikacji miejskiej podczas Maratonu, być może ta impreza sportowa zyska więcej fanów. I nie padną więcej tak absurdalne komentarze, jak ten o maratończykach – terrorystach.

Projekt „Przestrzeń Wrocławia” realizowany jest w ramach programu Fundacji Batorego „Obywatele dla Demokracji” ze środków państw EOG.

Licencja Creative Commons
Tekst jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych 4.0 Międzynarodowe.

**
fot. Bartosz Senderek, Wikipedia/ CC BY-SA 2.5.