Porozmawiajmy o… środowisku [WYWIAD, CZ. II]

Od wielu miesięcy jesteśmy świadkami protestów przeciwko wycinaniu drzew w Puszczy Białowieskiej, w zimie głośno było o zanieczyszczeniu powietrza w miastach. Tematyka ochrony środowiska jest stale obecna w debacie publicznej. Jaki jest stan środowiska i jego ochrony w Polsce? Jakie są najważniejsze problemy i zagrożenia?

Katarzyna Wieliczko rozmawia na ten temat z Małgorzatą Tracz, działaczką społeczną i ekologiczną, współprzewodniczącą Partii Zieloni, Aleksandrą Zienkiewicz – działaczką ruchów miejskich, założycielką i przewodniczącą Stowarzyszenia miastoDrzew oraz Robertem Maślakiem – biologiem, pracownikiem naukowym Instytutu Biologii Środowiskowej Uniwersytetu Wrocławskiego, ekspertem IUCN (Światowej Unii Ochrony Przyrody), członkiem partii Razem.

Część II

Katarzyna Wieliczko: Rząd zapowiada regulacje Odry i Wisły. Ma to umożliwić bardziej ekologiczny i tańszy transport.

Aleksandra Zienkiewicz: Rząd chce wydać na prace przystosowujące nasze rzeki do 4. klasy żeglowności 80 mld zł. To ogromne pieniądze, ale w praktyce zapewne nie będą wystarczające. Przykładem może służyć ciągnąca się budowa stopnia wodnego Malczyce na Odrze, którego koszt wzrósł wielokrotnie w stosunku do zakładanego. To wielki plan degradacji polskich rzek, w tym naturalnego Bugu i na wielu odcinkach naturalnej Wisły. To ogromne zagrożenie dla zwierząt żyjących w dolinach rzecznych, ale także dla zbiorowisk roślinnych. Wprowadzenie tego planu w życie oznaczać będzie zanik m.in. rzadkich lasów łęgowych uzależnionych od okresowego zalewania. Dodatkowo, skanalizowane rzeki utracą zdolność samooczyszczania, czego efektem będzie jeszcze większe zatrucie Bałtyku, na walkę z którym już teraz państwa nadbałtyckie wydają ogromne środki. Dlatego opowieści o ekologiczności transportu rzecznego są bajką. Użeglowienie naszych rzek doprowadzi do ich degradacji, spadku ich atrakcyjności z turystycznego punktu widzenia, a także doprowadzi do utopienia ogromnych pieniędzy. Gdyby takie kwoty przeznaczono na modernizację i rozwój transportu kolejowego, efekt byłby o wiele lepszy: nie tylko przewóz towarów koleją mógłby się zwiększyć, ale także zyskaliby pasażerowie. A sieć kolejową mamy naprawdę nieźle rozwiniętą, jest to zasób, o który powinniśmy dbać i którego rozwój leży w naszym szeroko pojętym interesie. Tymczasem rząd znowu chciałby zrobić prezent wąskim grupom interesu, kosztem polskiej przyrody, wbrew rachunkowi ekonomicznemu.

Robert Maślak: Regulacja oznacza także większe ryzyko powodzi i generuje straty finansowe. Zwiększa bowiem prędkość przepływu wody, co prowadzi do nakładania się kolejnych fal powodziowych. Stwarza iluzję bezpieczeństwa, na terenach zalewowych wzrasta liczba osiedli i infrastruktura, a w istocie przy dużym przyborze wód, koszty usuwania skutków powodzi są gigantyczne. Nie ma wątpliwości, że w następstwie regulacji, a zatem pogłębienia rzek, następuje spadek poziomu wód gruntowych. Regulacja pogłębi suszę, która ma miejsce w związku z globalnym ociepleniem klimatu. Konieczne jest odtworzenie terenów zalewowych, które są w stanie istotnie spłaszczyć falę powodziową. Tylko to daje szansę zarówno na zachowanie cennych przyrodniczo obszarów, jak i bezpieczeństwo przeciwpowodziowe ludzi.

KW: Trybunał Konstytucyjny w 2014 roku orzekł, że obecne prawo łowieckie jest niezgodne z konstytucją. Nie zapewnia właścicielowi posesji możliwości wyłączenia jego terenu z obwodu łowieckiego, a tym samym sprzeciwu wobec polowań. Przepis ustawy łowieckiej w tym zakresie stracił swoją moc 21 stycznia 2016 roku. Prace nad nową ustawą łowiecką ciągną się od lat. W jakim kierunku powinny iść?

RM: Dotychczasowe pomysły w komisji środowiska zdominowanej przez lobby myśliwskie szły w kierunku rozwiązania, w którym właściciel gruntów musiałby przed sądem udowodnić, że jego przekonania religijne czy wyznawane wartości etyczne nie pozwalają na dopuszczenie polowań. Byłaby to sytuacja wysoce niekomfortowa, bo wymagałaby ujawniania swoich przekonań, co jest zresztą niezgodne z Konstytucją. Moim zdaniem, powinno być odwrotnie. Domyślna sytuacja to taka, w której grunt jest wyłączony z polowań, a PZŁ zawiera umowę na polowania z właścicielem gruntu.

KW: Czy w warunkach powstałej luki prawnej można dzisiaj skutecznie wyłączyć grunt z obwodu łowieckiego?

RM: Tak, choć niewiele osób o tym wie. Od 22 stycznia 2016 r. każdy właściciel nieruchomości może wezwać Sejmik wojewódzki do wyłączenia terenu z obwodu łowieckiego. Sejmik zwykle odmawia, wówczas w ciągu 60 dni wysyła się skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Sądy nie mają wątpliwości, że uchwały sejmików naruszają interes prawny właścicieli gruntów. Do tej pory zapadły cztery prawomocne orzeczenia. Jest to procedura bardzo prosta. Szczegółowe informacje i pomoc można uzyskać w Ośrodku Działań Ekologicznych „Źródła”, na stronie zakazpolowania.pl.

KW: Na terenie obwodów łowieckich za szkody spowodowane przez zwierzęta łowne odpowiada PZŁ. Czy po wyłączeniu terenu z obwodu można liczyć na odszkodowanie w takich sytuacjach?

RM: Jak wynika z raportu NIK z września 2015 roku uzyskanie odszkodowań od kół łowieckich w wielu miejscach w Polsce bywa bardzo trudne. W przypadku wyłączenia terenu z obwodu jest to łatwiejsze, odszkodowanie wypłaca Skarb Państwa.

KW: Co powinno się zmienić w modelu łowiectwa w Polsce?

RM: Partia Razem stoi na stanowisku, że powinien powstać niezależny od Ministerstwa Środowiska inspektorat złożony z naukowców, który miałby za zadanie uzgadnianie planów łowieckich i tworzenie listy gatunków łownych. Plany łowieckie powinny być poddawane ocenom oddziaływania na środowisko i tworzone z myślą o zachowaniu zasobów przyrodniczych, a nie dla kultywowania tradycji myśliwskich. Popieramy postulaty koalicji “Niech żyją”, w tym delegalizację szkodliwej dla ludzi i środowiska ołowianej amunicji, zakaz udziału niepełnoletnich w polowaniach, wykorzystywania psów w nagonkach i zakaz dokarmiania zwierzyny łownej. Jak wskazują badania, dokarmianie jest jedną z głównych przyczyn niekontrolowanego wzrostu populacji dzików i konfliktów z rolnikami.

KW: Koalicja „Niech żyją” apeluje o zakaz polowań na ptaki. Czy popieracie go?

RM: Nie ma żadnych racjonalnych przesłanek, aby polować na ptaki. Przy okazji giną gatunki chronione, np. myśliwi polując na kaczkę cyraneczkę zabijają rzadką i podobnie wyglądającą cyrankę. Zresztą, są i liczne przypadki, że myśliwi nie odróżniają człowieka od dzika czy sarny. Rocznie zdarza się kilka przypadków śmiertelnych postrzeleń. Bywa, że w polowaniach biorą udział osoby nietrzeźwe. W ankiecie przeprowadzonej wśród myśliwych 21% spośród nich odpowiedziało, że w ich kole łowieckim pije się prawie w czasie każdego polowania, a 27% że okazjonalnie.

KW: Organizacje pozarządowe apelują także o zakaz polowań zbiorowych.

RM: Tak, angażowałem się w taką akcję. Nagonka, psy, hałas, liczne wystrzały powodują silny stres zarówno u ofiar takich polowań, jak i innych zwierząt w lesie. Tak jak pozbyliśmy się z polskiego prawa dopuszczalności stosowania sideł, potrzasków czy łuku, tak powinniśmy zakazać tej barbarzyńskiej metody polowań.

KW: Wspomniałeś o raporcie NIK z 2015 roku na temat gospodarki łowieckiej. Co jeszcze z niego wynika?

RM: Raport jest miażdżący dla PZŁ. Okazuje się, że Związek nie wie, kto faktycznie poluje, kiedy, na co i ile zwierząt zabija. Prowadzona dokumentacja wskazuje, że w niektórych przypadkach działania PZŁ noszą znamiona kłusownictwa.

KW: Wrocławskie media co jakiś czas opisują przypadki, gdy polowania odbywają się w mieście, a kule latają nad głowami mieszkańców. Wiosną udaremniono zapowiedziane polowanie na bażanty na terenach spacerowych i rekreacyjnych na Wojnowie i Strachocinie.

RM: Jest tylko kwestią czasu, kiedy wydarzy się wypadek. Dlatego partia Razem wspólnie z Zielonymi apeluje o podpisywanie petycji do Sejmiku Województwa Dolnośląskiego o usunięcie obwodów łowieckich z terenu Wrocławia. 

KW: A co w sprawie zwierząt chronionych? Czy tutaj rząd postępuje racjonalnie? Czy są jakieś zagrożenia?

RM: Lobby myśliwskie coraz śmielej wyraża zainteresowanie usunięciem z listy gatunków chronionych wilka. Jest to przemyślana akcja, w którą zaangażowani są często dziennikarze lokalnych mediów. Niektórzy z nich nieświadomie przyłączają się do akcji. Zdjęcie watahy kolportowane przez media jako zrobione w Zielonej Górze pochodziło z USA, wcześniej tę sama rolę w medialnej nagonce na wilki pełniło w Niemczech. Tzw. fake newsy, czyli celowo wprowadzane fałszywe informacje o wilkach, gromadzi m.in. Stowarzyszenie dla Natury „Wilk”. Chodzi o wywołanie poczucia zagrożenia zarówno dla zwierząt gospodarskich, jak i człowieka. Wilkom przypisuje się często straty, które powodują grupy wałęsających się psów. Ma to też związek z faktem, że za straty powodowane przez wilki państwo wypłaca odszkodowania. Mnożą się fałszywe informacje, że wilki pojawiają się na przedmieściach miast i zagrażają ludziom. Trwa przygotowanie gruntu pod wyjęcia wilka spod ochrony i umożliwienie polowań.

Wilk, źródło: https://pixabay.com/p-2106894/?no_redirect
Wilk, źródło: pixabay.com

KW: Ale populacja wilków w Polsce wzrasta.

RM: Tak, jest ich blisko 1500. Dla człowieka nie stanowią żadnego zagrożenia, natomiast zdarzają się sytuacje, gdy atakują zwierzęta gospodarskie. W porównaniu z innymi gatunkami powodującymi straty w rolnictwie, są to jednak szkody zupełnie marginalne. Paradoksalnie, odstrzał zwiększyłby straty w inwentarzu rolników. Wilki żyjące w grupach rodzinnych skutecznie polują na zwierzynę łowną. Rozbicie watah wskutek polowań powoduje, że pojedyncze osobniki zaczynają szukać ofiar łatwiejszych do upolowania, np. owiec, czy krów. Wilki w środowisku są doskonałym selekcjonerem zwierzyny. Polują na gatunki, które są najbardziej dostępne. Jeśli w lesie jest dużo dzików, stają się one głównym pokarmem, jeśli jeleni, to one są podstawą diety.

KW: A bobry? Te powodują większe szkody.

RM: Tak, ale to około 17 mln zł w skali kraju. Poza tym bobry to także zyski, związane przede wszystkim z retencją wód, czego konsekwencją jest m.in. oczyszczanie wód, procesy odtwarzania naturalnych zespołów zaroślowych i wzrost bioróżnorodności. Występowanie bobrów pozwoliło w wielu miejscach na zaniechanie działań człowieka związanych z budową małej retencji, a więc zaoszczędzenia środków finansowych. Obecnie RDOŚ pod naciskiem ministerstwa wydają zgody na odstrzał, podczas gdy istnieją inne metody zapobiegania szkodom bobrowym, niestety rzadko wykorzystywane. Odstrzał należy traktować jako rozwiązanie ostateczne, gdy podjęcie rozwiązań alternatywnych jest niemożliwe. W tej chwili te decyzje wydaje się pochopnie, bez właściwej analizy sytuacji.

Niestety, na celowniku myśliwych są też łosie, na których odstrzał wciąż obowiązuje moratorium. Ministerstwo Środowiska chciałoby go znieść.

KW: Ministerstwo Środowiska torpeduje inicjatywy organizacji pozarządowych działających na rzecz ochrony przyrody. W czasie poprzednich rządów PiS przegrało w sprawie Rospudy. Czy ma to związek z tamtą sytuacją?

RM: Trudno powiedzieć. Wrogi stosunek ministerstwa do tych organizacji przejawia się m.in. odsunięciem ich od unijnego programu Life, pomimo doskonałych ocen, jakie otrzymały poszczególne projekty. Finansowanie otrzymały Lasy Państwowe, które miały znacznie niższe noty w ocenach eksperckich. Zasady finansowania nie są transparentne. Ministerstwo zataja niektóre informacje lub zamiast prawdziwych konsultacji społecznych przeprowadza ich karykaturę, dając na ustosunkowanie się do nowych aktów prawnych tylko kilka dni.

KW: Dziękuję za rozmowę.

Część I


Fot. główna: rzeka Ruda, która ma stać się kanałem, autor: Marcin Karetta, źródło: Zielone Wiadomości.