Komunikacja

„Trzeba działać, nawet gdy szanse są niewielkie”. 40 lat walki o środowisko na Dolnym Śląsku

Projekt “Dolnośląskie Archiwum Ruchów Społecznych” Stowarzyszenia Nowoczesnej Edukacji Prawnej Oddziału Poradnictwa Prawnego w Trzebnicy dofinansowany z Rządowego Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO na lata 2021-2030 r., konkurs NOWEFIO – zachowując historię społeczności edycja 2025, operator: Fundacja Sztuki, Przygody i Przyjemności ARTS

Krzysztof Smolnicki jest działaczem Fundacji Ekorozwoju i Dolnośląskiego Alarmu Smogowego. Obie organizacje zostały włączona do zbiorów Dolnośląskiego Archiwum Ruchów Społecznych.

Pełna wersja rozmowy na stronie Zbiory Społeczne.

Mateusz Kokoszkiewicz: – Jakie było Pana pierwsze działanie społeczne, publiczne?

Krzysztof Smolnicki: – To było jeszcze w szkole. Były akcje opozycyjne, trochę z pogranicza happeningu, bo nie byłem wtedy poważnie zaangażowany w opozycję. Było w tym może nawet coś z dadaizmu.

Byliśmy małą klasą, grupą matematyków, i zrobiliśmy z kumplem kilka akcji. Jedna była związana z 17 września, czyli rocznicą agresji Związku Radzieckiego na Polskę. Zorganizowaliśmy mikroinstalację na głównym korytarzu szkoły. Postawiliśmy tam podartą, zdeptaną polską flagę, rozdzieraną przez drugą flagę. Była też flaga Związku Radzieckiego, którą ukradliśmy na Rynku. Kiedy wyszła cała klasa na długą przerwę, wszyscy przez jakieś 25 minut milczeli.

Mieliśmy jeszcze parę takich akcji. Przed Wielkanocą wręczyliśmy jednemu z nauczycieli książkę zatytułowaną „Być komunistą”. To były akcje, które dawały nam dużo frajdy. Byliśmy młodymi ludźmi, którzy punktowali się przeciwko szarej rzeczywistości końcówki PRL-u. Byliśmy trochę w kontrze zarówno do tego, co działo się na zewnątrz, jak i do tego, co działo się w podziemiu.

Jak później trafił Pan do działalności opozycyjnej?

To był chyba 1986 rok. Byłem w górach, umówiłem się z kumplem w Tatry, ale nie było komórek i on nie przyjechał. Poszedłem na spotkanie duszpasterstw akademickich w Czarnym Dunajcu. Tam byli ludzie z Ruchu Wolność i Pokój. To mi się spodobało.

Zgłosiliśmy się do nich, ale nas sprawdzili, czy nie jesteśmy agentami. Ostatecznie uznano chyba, że jesteśmy w porządku. Napisałem zaproszenie na kartce pocztowej od Radka Gawlika. Poszedłem go odwiedzić. To był mój pierwszy kontakt i chyba najlepszy, bo Radek był takim człowiekiem, który po prostu przyciągał. Uczył matematyki w szkole, a jednocześnie był już zaangażowany w opozycję.

Co było charakterystycznego w Ruchu Wolność i Pokój?

Opozycja była zamknięta. Solidarność i różne środowiska były głęboko ukryte, a myśmy po prostu działali w pełni jawnie.

Skąd wzięła się u Pana ekologia?

Ekologia była dla mnie po prostu ekologią. Naturą. Jeszcze z czasów dzieciństwa chodziłem po górach. Dziadek brał mnie na wyprawy do lasu i pokazywał przyrodę. To było dla mnie dosyć oczywiste, że się przyłączę.

Gdyby nie Radek, to pewnie bym się do tego nie przyłączył, bo nie miałbym się do kogo przyłączyć. Obywatelskość polega z jednej strony na wewnętrznej potrzebie, z drugiej na inspiracji, a z trzeciej na tym, że jest lider, który swoim przykładem ludzi pociąga.

 Jednym z najważniejszych tematów była Huta Siechnice.

Głównym tematem były akcje przeciwko Hucie Siechnice. Próbowaliśmy organizować marsze. W pierwszym, nieudanym marszu zostałem aresztowany. Przyszliśmy ten marsz odwołać, bo stwierdziliśmy, że późną jesienią maszerować na Hutę po pracy, po ciemku, może nie być dobrym pomysłem. Nie było internetu, więc przeszliśmy z transparentem „marsz odwołany”. Służba Bezpieczeństwa o tym nie wiedziała i po prostu nas złapała.

Potem były kolejne marsze. Udało się nam doprowadzić do zamknięcia Huty Siechnice.

Jak udało się wtedy w PRL zrobić coś takiego?

Mieliśmy solidne wsparcie naukowców. Byłem studentem geologii, a hydrogeolodzy z uniwersytetu dawali nam mocne wsparcie eksperckie. Huta bardzo poważnie zagrażała ujęciom wody dla Wrocławia.

My byliśmy trochę katalizatorem. Zaczęliśmy wychodzić na ulicę i się tego nie baliśmy. Ale musiały być argumenty, powaga sytuacji i jakaś decyzja polityczna. Działałem też w Międzymiastówce Anarchistycznej i Pomarańczowej Alternatywie. Ten ferment był szeroki.

Tych ludzi coraz więcej wychodziło na ulice. Z każdym kolejnym marszem było nas więcej. Jeden z liderów, Leszek Budrewicz, powiedział: „Zanim dojdziemy do Huty, Huty nie będzie”.

Były też inne działania ekologiczne?

Były kwestie usuwania azbestu. Malowaliśmy na budynkach napisy, roznosiliśmy ulotki. Pewnej ciemnej nocy z kolegami pomalowaliśmy budynek, który, jak się potem okazało, zamieszkiwali wojskowi i chyba ubecy. Namalowaliśmy napis „AZBEST”. Zaraz potem zainteresowano się tym budynkiem i azbest został ściągnięty.

Były też protesty przeciwko składowisku odpadów jądrowych w Międzyrzeczu i głodówka. Dużą rolę odegrało to, że udało nam się z Hutą. Garstka ludzi pociągnęła potem setki, a może nawet tysiące ludzi.

Co było dalej po 1989 roku?

Kończę studia i piszę pracę o alternatywnych źródłach wody dla Wrocławia.

Radek Gawlik, jeszcze przed Okrągłym Stołem, działał w gabinecie cieni Solidarności, a później został ministrem do spraw środowiska. Potem dostał się do parlamentu. Wcześniej uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu po stronie ekologicznej.

17 września założył Fundację Oławy i Nysy Kłodzkiej, która miała zajmować się poprawą jakości wody, bo z Oławy i Nysy Kłodzkiej pijemy wodę we Wrocławiu.

Pan w tym czasie też działał?

Później, jak urodziło się dziecko, zaczęło się bardziej rodzinne życie. Wyłączyłem się z działalności. Później ćwiczyłem tai chi w parku Grabiszyńskim. Zauważyłem, że ten park ma być zniszczony.

Park Grabiszyński fot. Kat. Bańcerowska

Miał tam powstać cmentarz. I tak jak w Ruchu Wolność i Pokój się tym nie zajmowałem, tak tutaj miałem już doświadczenie. Ale oprócz powielacza miałem też piłę.

Mieliśmy z kolegą kominiarki. Poszliśmy we dwóch i przecięliśmy pierwsze słupki ogrodzenia. Potem opowiedzieliśmy o tym kolegom, którzy tam mieszkali. Oni na drugi dzień poszli i zrobili swoje. Wysłaliśmy też manifest do telewizji Echo.

Miałem powielacz, więc wydrukowałem petycje w sprawie obrony parku i już zupełnie legalnie zaczęliśmy zbierać podpisy. Zebraliśmy 10 tysięcy podpisów i zrobiliśmy demonstrację.

Jak trafił Pan później do fundacji Radka Gawlika?

Zaczęło się od wody. Radek mnie zaprosił, bo znał mnie z działań, ale wiedział też, że się tym specjalizuję. Skończyłem studia w tym temacie, doszkalałem się, robiłem studia podyplomowe.

Jedną z pierwszych akcji była obrona zadrzewień wzdłuż rzeki Oławy. Tłumaczyliśmy, dlaczego są ważne. Dlatego, że oczyszczają wodę. A my z tej wody pijemy we Wrocławiu.

Jak udało się zbudować organizację, która działa do dzisiaj?

To było przede wszystkim o ludziach, a nie o instytucji. Na początku praktycznie nic nie mieliśmy. Radek, żeby ufundować fundację, sprzedał używanego malucha i pieniądze z malucha przeznaczył na fundację.

Działaliśmy w bardzo wąskim gronie. Zaczęliśmy angażować innych, zajmować się ważnymi tematami. Dołączali eksperci. Przygotowaliśmy polsko-czeski program ekologicznego zagospodarowania zlewni Ścinawki, który podpisali wojewodowie. To były takie czasy, że rzeczy niemożliwe bywały możliwe.

Były też działania związane z odpadami i rafinerią.

Udało nam się pójść do Rafinerii Jedlicze i do CPN-u, obecnie Orlenu. Zorganizowaliśmy akcję, że można było przywieźć odpady na stację paliwową.

Na stacji paliwowej przy Koronie jest jeszcze taki dziwny znak drogowy. Postawiliśmy tam tabliczkę „punkt wymiany”. To trójkątny znak z żółtą strzałką i zielonym symbolem recyklingu.

Ten znak nadal tam jest?

Stoi tam pewnie z 30 kilka lat. Sami go zaprojektowaliśmy. Był znakiem naszej kampanii. Jeszcze rok temu tam był, bo robiłem tam jakąś drogę, kręciłem i zobaczyłem, że to jest ślad po tamtych działaniach.

Udało się też zdobyć pieniądze na budowanie oczyszczalni ścieków. Jedna z nich była w Nowym Siodle, tuż przy granicy czeskiej. Ścieki wpadały do Czech, a potem Ścinawką wracały do Polski. Doprowadziliśmy do zbudowania oczyszczalni.

Pomagały wam kontakty?

Spora była rola kontaktów, które Radek nam otwierał, bo był posłem. Pewnie były też pieniądze, ale przede wszystkim były możliwości działania. Pewnie nie umówilibyśmy się z Rafinerią Jedlicze albo dyrekcją CPN-u, gdybyśmy nie mieli takich kontaktów.

Jeżeli ludzie myślą, że rzeczy są możliwe, to się ich podejmują. Jeżeli jest lider, ma wizję działania i potrafi organizować ludzi, to zaczyna się działać.

Z czasem poszerzyliście działalność poza temat wody?

W pewnym momencie zrozumieliśmy, że ta woda przenika wszystko. Spowodowałem nakręcenie filmu „Woda dla Wrocławia”. Byłem kierownikiem produkcji, scenarzystą i reżyserem. Pokazywaliśmy, co jest ważne, żebyśmy mieli czystą wodę: drzewa, ścieki i zanieczyszczenia przemysłowe. Film był emitowany w Telewizji Polskiej.

Nie miałem doświadczenia w kręceniu filmów. Poszedłem do kumpla, który pracował na ASP. Powiedział, że jak załatwię Betacam, to mi pomoże. Poszedłem do telewizji, trzymałem kamerę, potem udało się to zmontować. Powstał profesjonalny film.

Jak dziś patrzy Pan na ten okres?

Myślę, że te czasy powtarzają się w jakichś cyklach. Są momenty, że jest potrzeba, jest okazja do zmiany i są ludzie, którzy to wyczuwają. Angażują się i wtedy coś się dzieje.

Interpretuję to jako efekt dźwigni, czyli wykorzystanie małej energii, małej liczby osób, nawet przy minimalnych środkach, żeby czegoś dużego dokonać. Teraz też tak jest. Tylko trzeba ten moment rozpoznać.

Kiedy i dlaczego zaangażowaliście się w Dolinę Baryczy?

Zidentyfikowaliśmy bardzo cenny przyrodniczo obszar, niedoceniony z punktu widzenia strategii województw na pograniczu Dolnego Śląska i Wielkopolski.

 

Liderką tego działania była u nas Dorota. Trochę nas do niego namówiła na spotkaniu w Dolinie Baryczy. Tam były różne pomysły, siły, konflikty i gry, a my byliśmy trochę z zewnątrz. Nie byliśmy powiązani z żadną siłą partyjną, gminą czy rządzącym układem. Mogliśmy pozwolić sobie na trochę więcej.

Kanclerzowice, gmina Żmigród, Dolina Baryczy

Wiodącą rolę odgrywało Polskie Towarzystwo Przyjaciół Przyrody Pro Natura. Zaczęło się od strategii i pracy z ludźmi nad kierunkami rozwoju. Potem połączyliśmy to z programem LEADER i Naturą 2000.

Zaczęliśmy rozmawiać z lokalnymi liderami. Mieliśmy ideę partnerstwa międzysektorowego: urzędnicy, samorządowcy, biznes lokalny i aktywiści. Organizowaliśmy spotkania, pokazywaliśmy perspektywy i wyzwania. Potem wyjeżdżaliśmy z tymi ludźmi do innych krajów, do Danii czy Austrii, żeby pokazać, jak można wykorzystywać tereny przyrodnicze.

Były też konkretne działania?

Od początku staraliśmy się nie tylko rozmawiać i inspirować, ale też robić praktyczne działania. W Dolinie Baryczy było to odtworzenie ginącej rasy kury zielononóżki. Udało nam się dotrzeć do pierwszych zapłodnionych jaj i postanowiliśmy rozmnażać je w Dolinie Baryczy.

Zaczęliśmy promować, że to naturalne polskie kury, tradycyjna rasa. Okazało się to sukcesem. Rasa tradycyjnie polska została ocalona. A zaczęło się to od Doliny Baryczy.

Zajmowaliście się też promocją tego obszaru.

Próbowaliśmy turystyki rowerowej, kajakowej i konnej, produktu lokalnego. Udało się nakręcić film „Rytm natury w Dolinie Baryczy”. Zdobył nagrody na wielu konkursach, był polecany przez Attenborough.

Przygotowaliśmy też płytę z dźwiękami z Doliny Baryczy, w stylu ambient, z oryginalnymi nagraniami ptaków.

Jednym z takich pomysłów były wieże do obserwacji ptaków.

Wszyscy mówili, że w Niemczech są obserwatoria dla ptaków, ale u nas nie będzie zgody na takie coś. Gospodarstwo mówiło, że nie zgodzą się naukowcy, naukowcy mówili, że nie zgodzi się gospodarstwo, a wszyscy mówili, że gmina nie wyda pozwolenia.

Poszliśmy do jednych, do drugich i do trzecich i okazało się, że wszyscy się zgodzili. Zbudowaliśmy pierwsze wieże do obserwacji ptaków na stawie Grabownica, na Stawie Starym.

Rezerwat przyrody: Stawy Milickie. Staw Niezgoda / Janusz Krzeszowski / CC-BY 3.0

Dzisiaj tym się już wszyscy chwalą. Myśmy to przekazali w opiekę. To jest trwałe i lokalne. Nie musimy tego wspierać, żeby dalej działało.

Co było w tym wszystkim szczególnego?

Nie zrobiliśmy tego po granicach administracyjnych, tylko zobaczyliśmy obszar Natura 2000, bardzo ważny i cenny przyrodniczo. Jest na granicy Dolnego Śląska i Wielkopolski.

Okazało się, że ten styk województw jest bardzo inspirujący. Wzajemnie się inspirowano, a częściowo też konkurowano, kto zrobi to lepiej.

Fundacja EkoRozwoju była jedną z organizacji, która powołała Dolnośląski Alarm Smogowy, który był drugim alarmem w kraju.

Tak, po krakowskim. Oczywiście zostaliśmy zainspirowani i dostaliśmy z Krakowa duże wsparcie merytoryczne. Radzono nam, jak to zrobić.

Usłyszeliśmy też, żeby znaleźć kogoś spoza organizacji ekologicznej, żeby akcję zacząć trochę inaczej. Ekolodzy mają przecież swoją łatkę: „są ekolodzy”. Umówiliśmy się nawet z kimś na pierwszą akcję, ale się spóźnił. Miała przyjść mama z dzieckiem i być symbolem tej akcji, ale nie przyszła. Akcja była jednak zorganizowana, więc zaczęliśmy ją robić.

Ta pierwsza akcja była na Wiśniowej?

Tak, na Wiśniowej. Ale wcześniej, w naszym Ekocentrum, które mieściło się wtedy na Nadodrzu, zorganizowaliśmy spotkanie. Zaprosiliśmy ekspertów i osoby zajmujące się inspekcją oraz ochroną środowiska.

Zbiory Społeczne: Weź głęboki oddech! Inauguracja kampanii społecznej „Dolnośląskiego Alarmu Smogowego”

Wspólnie zaproponowaliśmy nazwę Dolnośląski Alarm Smogowy i przygotowaliśmy logotypy. Już wtedy wiedzieliśmy, że potrzebna jest kooperacja i partnerstwo. Byli tam naukowcy, eksperci, samorządowcy – ludzie zainteresowani tematem, a nie dyrektorzy czy prezydenci. I tak się złożyło, że temat okazał się ważny.

Ostatnio mocno angażujecie się też w temat smogu transportowego.

Naturalnym drugim działaniem alarmów smogowych było zajęcie się smogiem transportowym. Ten temat był niedoceniany, także przez środowisko naukowe. Nowsze badania pokazały, że jest szczególnie ważny w dużych miastach.

Problemem jest to, że toksyczne związki azotu są niewidzialne i niewyczuwalne. Budując narrację o smogu, o zanieczyszczeniach pyłowych i dymach, tak mocno przebiliśmy się do świadomości, że teraz trudno budować narrację o czymś, czego nie widać.

Ulica Kazimierza Wielkiego we Wrocławiu

Nam chodzi o to, żeby nie mówić, że samochody są złe, tylko zrezygnować ze starych. Są nieefektywne w spalaniu i mocno nas trują. Możemy się przestawić na inne samochody, niekoniecznie elektryczne.

Mimo tego trudno jest nam się z tym przebić. W ostatnich kilku latach napotkaliśmy na olbrzymią falę hejtu. Pomimo licznych badań naukowych dane dotyczące umieralności są wypierane.

Zbiory Społeczne: Badania smogu transportowego. Mapy stężeń dwutlenku azotu z 2026 r.

Co powiedziałby Pan ludziom, którzy chcą się zaangażować?

To jest ważne działać. Nawet gdy nie ma zbyt wiele szans, trzeba działać, żeby móc spojrzeć w oczy dzieciom, że coś próbowaliśmy zrobić.

Widzę tu rolę lidera: weźmy na siebie temat i zaangażujmy innych. Jest też rola ekspertów. Trzeba dobrze rozpoznać problem.

I trzecim filarem jest angażowanie innych. Trzeba wyjść poza własne środowisko i szukać partnerstwa, czasami z nieoczywistymi partnerami. Przykład z biskupami nie był oczywisty dla nas.

Dolnośląski Alarm SmogowyMyślę, że nie byłoby uchwały antysmogowej przyjętej jednogłośnie na Dolnym Śląsku, gdyby nie wsparły nas środowiska zwykle postrzegane jako tradycjonalistyczne, związane z Kościołem.

Zbiory Społeczne: Dwa tysiące osób żąda uchwały antysmogowej dla Dolnego Śląska

To jest próba wychodzenia poza tradycyjny krąg naszych odbiorców. Czasami to może być koncert, czasami debata w formie okrągłego stołu.

Formy działania przez lata też były różne.

Rozpoznawaliśmy formy artystyczne, happeningowe, eksperckie. Robiliśmy raporty i ekspertyzy. Jak się jedne formy nie sprawdzają, próbujemy innych.

Wiele rzeczy nam się też nie udało.

Jakiś przykład?

Pierwsza zbiórka zużytych baterii we Wrocławiu. Wielki sukces, bo zebraliśmy wiele ton baterii. Zwróciliśmy uwagę na problem. Ale potem okazało się, że nie mamy gdzie tych baterii przetworzyć.

Skierowaliśmy je do huty, ale okazało się, że nie ma technologii i będą emitowane zanieczyszczenia. Zamiast oddać je do recyklingu, musieliśmy zdeponować pojemnik na składowisku odpadów niebezpiecznych.

Czyli odnieśliśmy sukces, który był naszą porażką.

Ale w wyniku tej porażki doprowadziliśmy do zmiany prawa, żeby to było prawnie uregulowane, żeby były narzędzia prawne i kontrola. W rezultacie na tej porażce nauczyliśmy się czegoś i skończyliśmy kolejny sukces.

Zbiory Społeczne: Pismo Urzędu Miejskiego Wrocławia do placówek edukacyjnych ws. smogu

Hipermiasto

Towarzystwo Benderowskie

Dodaj komentarz

Skip to content