Kultura i nauka

„Zawsze warto się angażować i pomagać ludziom”. Tak działała społeczna aktywistka z Wiszni Małej

Projekt “Dolnośląskie Archiwum Ruchów Społecznych” Stowarzyszenia Nowoczesnej Edukacji Prawnej Oddziału Poradnictwa Prawnego w Trzebnicy dofinansowany z Rządowego Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO na lata 2021-2030 r., konkurs NOWEFIO – zachowując historię społeczności edycja 2025, operator: Fundacja Sztuki, Przygody i Przyjemności ARTS

Aleksandra Marciniak jest działaczką Sieci Obywatelskiej „Razem dla Mieszkańców” z Wiszni Małej i fundacji „W drodze po moc”. Jej organizacja zosała włączona do zbiorów Dolnośląskiego Archiwum Ruchów Społecznych.

Pełna wersja rozmowy na stronie Zbiory Społeczne.

Hipermiasto: Kiedy zaczęła się pani działalność społeczna?

Aleksandra Marciniak: – Właściwie jeszcze na studiach, około 2000 roku. Studiowałam stosunki międzynarodowe, studia skończyłam w 2003 roku. Jeden z kolegów ze studiów wciągnął mnie do Stowarzyszenia Młodzi Demokraci. Była to wtedy młodzieżówka związana z Unią Wolności, z której wywodził się między innymi Tadeusz Mazowiecki. Później, po rozłamie, Młodzi Demokraci przeszli do Platformy Obywatelskiej, ale ja już po zakończeniu działalności Unii Wolności nie związałam się z żadną inną partią.

Co wtedy pani robiła?

Były prawybory w Nysie, różnego rodzaju akcje edukacyjne, działania związane z Unią Europejską i edukacją europejską. Organizowaliśmy też szkolenia, warsztaty i kursy dla osób, które chciały się społecznie angażować. Pomagaliśmy również w kampaniach wyborczych do Parlamentu Europejskiego i do Sejmu.

To był początek mojego zaangażowania. Później przeprowadziłam się z Wrocławia. W 2015 roku wyjechałam, a w 2016 roku zamieszkałam już w Wiszni Małej, gdzie wybudowałam dom.

Zbiory społeczne: Sieć Obywatelska „Razem dla mieszkańców”

I wtedy działalność społeczna zeszła na dalszy plan?

Tak. Na początku bardziej wycofałam się z aktywności, bo pojawiło się życie prywatne, urodziło się dziecko. Przez jakiś czas to było dla mnie ważniejsze. Później jednak wróciłam do działalności społecznej.

Pierwszą dużą sprawą w Wiszni Małej była walka przeciwko planowanej spalarni odpadów?

Tak. Wszystko zaczęło się w 2021 roku. W Gazecie Wrocławskiej pojawił się artykuł o porozumieniu dotyczącym elektrociepłowni. Monika z Ramiszowa zorganizowała wtedy otwarte spotkanie. Przyszło bardzo dużo osób. Poszłam na to spotkanie i tak się zaczęło.

Autobus komunikacji gminnej Wisznia Mała – Wrocław

Później powstał komitet. Była w nim między innymi dr Ewa Rozkosz, był Leszek Kędzior i inne osoby. Z czasem powstał Komitet Stop Wrocławskiej Spalarni. Ja zajęłam się między innymi koordynowaniem działań w Wiszni Małej. Były inicjatywy, pisma, zbieranie podpisów, zamawianie opinii eksperckich i kontakty z władzami.

Co panią w tej sprawie najbardziej zmobilizowało?

Uważam, że ludzie nie powinni być obojętni na to, co dzieje się wokół nich i na to, co władze próbują w ich otoczeniu zrobić. Społeczność lokalna powinna mieć możliwie największy wpływ na to, co powstaje w jej najbliższym sąsiedztwie i w jakich warunkach będzie żyła.

Od zawsze bliska jest mi też walka z niesprawiedliwością społeczną i pomaganie ludziom, którzy są słabsi albo nie są w stanie sami się zorganizować. Jeżeli ktoś nie ma wiedzy, pieniędzy czy możliwości, żeby się zaangażować, to często potrzebuje kogoś, kto pomoże mu tę sprawę poprowadzić.

Zbiory społeczne: Walka ze spalarnią odpadów

Czy była pani przeciwna samej idei spalarni odpadów?

Problem odpadów oczywiście istnieje. Nie twierdzę, że takich inwestycji w ogóle nie potrzeba. Natomiast nie uważałam, że spalarnia jest w tym przypadku najlepszą drogą. Argument, że nowoczesne technologie i filtry rozwiązują wszystkie problemy, nie przekonywał mnie.

Czytałam też opracowania dotyczące podobnych instalacji, między innymi we Francji i w innych krajach. Wynikało z nich, że w sąsiedztwie takich instalacji mogą występować problemy zdrowotne, na przykład zwiększona zachorowalność na alergie. Dlatego nasze działania wynikały przede wszystkim z obaw dotyczących środowiska i zdrowia mieszkańców.

Jak duży był sprzeciw mieszkańców?

Zorganizowaliśmy między innymi petycję internetową i papierową. Podpisało ją ponad 15 tysięcy osób. Prowadziliśmy też kampanię informacyjną w internecie.

WYPEŁNIJ ANKIETĘ!

W grupie pojawiały się również argumenty dotyczące kosztów. Wskazywaliśmy, że w miastach, w których powstają spalarnie, opłaty za odpady rosną, a jednocześnie nie musi to oznaczać obniżenia kosztów ogrzewania czy odbioru odpadów.

Pojawiła się też inicjatywa uchwałodawcza do sejmiku województwa.

Tak. Grupa z Wiszni Małej rozpoczęła inicjatywę dotyczącą wykreślenia dwóch lokalizacji spalarni z wojewódzkiego planu gospodarki odpadami – Wrocławia i Wiszni Małej. Zbieraliśmy podpisy, uczestniczyliśmy w posiedzeniach komisji i rozmawialiśmy z władzami.

Zebraliśmy ponad 3 tysiące podpisów. Później inicjatywa została przekształcona w petycję, pod którą również podpisało się ponad 3 tysiące osób. Ostatecznie obie lokalizacje zostały wykreślone z planu.

Czy na tym sprawa się skończyła?

Nie. Były kolejne postępowania i kwestia decyzji środowiskowej. Pojawiały się też sytuacje, które odbieraliśmy jako próby zastraszania protestujących czy różnego rodzaju mini-szantaże. Później pojawiły się postępowania dotyczące między innymi magazynu energii, a także groźby związane z magazynem broni.

Cały czas monitorowaliśmy tę sprawę. Nawet jeżeli w danym momencie wydawało się, że temat został zamknięty, nie oznaczało to dla nas, że można przestać go obserwować.

Drugim dużym konfliktem była sprawa planowanego centrum produkcyjno-logistycznego w Malinie. Jak pani się o nim dowiedziała?

Na tydzień przed sesją rady gminy odbyło się spotkanie w świetlicy w Malinie. Byli tam przedstawiciele władz gminy i przedstawiciele Develii. Przedstawiono nam plan bardzo dużego centrum produkcyjno-logistycznego.

Mówiono, że ma to być największa tego typu inwestycja w Polsce, największa na Dolnym Śląsku albo jedna z największych w Polsce. Dla mieszkańców najważniejsze było jednak to, gdzie dokładnie miały powstać hale. Teren znajdował się praktycznie przy ogrodzeniach mieszkańców. Najbliższy dom miał być oddalony o około 60 metrów. Hale miały mieć około 20 metrów wysokości.

Na spotkanie przyszło ponad 130 osób. Ludzie byli zaskoczeni i bardzo poruszeni tym, co zobaczyli i usłyszeli.

Zbiory społeczne: Działania ws. inwestycji magazynowej w Malinie

A już siedem dni później rada miała głosować nad zmianą studium?

Tak. To było bardzo mało czasu na reakcję. Musieliśmy się szybko zorganizować. Teren, na którym miała powstać inwestycja, wcześniej został kupiony przez Leszka Czarneckiego. Planowano tam wtedy osiedle luksusowych domów jednorodzinnych, z basenami i szkołą. W studium teren był przeznaczony pod zabudowę jednorodzinną.

Nagle pojawiła się zupełnie inna koncepcja – ogromne centrum produkcyjno-logistyczne. Powstał komitet protestacyjny. Razem z mieszkańcami zbieraliśmy podpisy. Jeździliśmy na sesje rady gminy, przychodziliśmy z transparentami.

Co udało się wtedy osiągnąć?

Pod wpływem protestu wójt wycofał projekt uchwały z głosowania. Dzięki temu sprawa została odsunięta o kilka miesięcy i mieliśmy czas na dalsze działania, przygotowanie opinii eksperckich i zebranie argumentów.

Okolice ul. Żmigrodzkiej na trasie z gminy Wisznia Mała do Wrocławia

To nie oznaczało jednak, że sprawa została zakończona. Przez kolejne miesiące i lata cały czas do niej wracaliśmy.

Jak długo to trwało?

Zmiana została ostatecznie przyjęta mniej więcej półtora roku po rozpoczęciu pierwszych protestów. Później próbowaliśmy ją podważyć. Problem polegał jednak na tym, że bardzo trudno było wykazać interes prawny.

W przypadku takich spraw interes prawny jest interpretowany dość wąsko. W praktyce musi istnieć określona więź właściciela konkretnej działki z planem i trzeba wykazać, że zmiana planistyczna bezpośrednio na nią wpływa. Nasza fundacja ani większość mieszkańców nie miała takiego interesu prawnego. Wtedy nie było jeszcze miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego.

Później pojawił się problem studium i planu ogólnego.

Tak. Studium z czasem wygasło i zaczęła się procedura dotycząca planu ogólnego. Zaczęliśmy analizować dokumenty. Mieliśmy wrażenie, że firma, która przygotowywała dokument, skopiowała rozwiązania z innego studium i nie sprawdziła rzeczywistych warunków lokalnych.

Na pierwszej stronie dokumentu znalazła się nawet nazwa innej gminy. To był dla nas sygnał, że trzeba bardzo dokładnie przyjrzeć się temu dokumentowi. Poinformowaliśmy o tym media.

Co wydarzyło się po uchwaleniu planu ogólnego?

Po jego uchwaleniu wysłałam do wojewody wniosek o przeprowadzenie kontroli nadzorczej i uchylenie planu ogólnego. Pismo miało około 20 stron argumentów. W momencie, kiedy rozmawiamy, czekamy już na odpowiedź od trzech miesięcy.

Plan jest jednak obowiązujący. Złożyliśmy wiele argumentów dotyczących tego, jak został przygotowany. Uważamy, że dokumenty nie zostały wystarczająco dokładnie sprawdzone. Teraz czekamy na stanowisko wojewody i wyjaśnienia gminy.

Co pani dziś uważa za główny cel tej zmiany przeznaczenia terenu?

Coraz bardziej dochodzę do przekonania, że chodziło przede wszystkim o podniesienie wartości gruntu należącego do Develii. Jeżeli ziemia jest przeznaczona pod zabudowę mieszkaniową, ma inną wartość niż wtedy, kiedy może być wykorzystana pod działalność przemysłową czy logistyczną.

Sama zmiana planistyczna nastąpiła, ale inwestycja nie ruszyła. Złożono jedną dokumentację dotyczącą oddziaływania na środowisko i później niewiele się wydarzyło. Z tego, co wiemy, projekt miał być podzielony na trzy etapy, a czwarty miał dotyczyć wody, więc powinny powstać cztery raporty.

Dlatego mam obawy, że rzeczywistym celem mogło być przekształcenie gruntów, a nie budowa tych hal. Tym bardziej że w Polsce stoją już puste hale, między innymi w Długołęce.

Mimo tego wszystkiego uważa pani, że warto było się angażować?

Zdecydowanie. Zawsze warto się angażować i pomagać ludziom. To było około trzech lat mojego życia prywatnego. Oczywiście życie prywatne na tym ucierpiało. Ale coś za coś. Nie żałuję.

Organizowaliśmy nawet publiczne zbiórki pieniędzy. Udało się zebrać ponad 30 tysięcy złotych na opinie prawne i ekspertyzy. Bez tego trudno byłoby prowadzić takie działania.

Działaliśmy też jako nieformalna grupa Razem dla Mieszkańców Wiszni Małej. Zostaliśmy wybrani spośród 183 organizacji w Polsce do wyróżnienia w ramach akcji „Masz Głos”. To było dla nas ważne, bo oznaczało, że ktoś zauważył tę pracę.

W pewnym momencie zdecydowała się pani również kandydować na wójta Wiszni Małej. Dlaczego?

Mieszkańcy zaczęli mówić, że moja kandydatura jest jedyną szansą na zatrzymanie tych hal. Wtedy powstał komitet i zdecydowałam się kandydować.

Mieszkańcy sami składali się na kampanię. To było bardzo duże wyzwanie. Startowałam przeciwko człowiekowi, który przez 16 lat był wójtem. W mojej ocenie miał rozbudowaną sieć znajomości i układów, a także możliwość dawania ludziom pracy. Dlatego wejście w taką kampanię było naprawdę karkołomne.

Nie ograniczaliście się jednak do sprawy hal czy spalarni.

Było bardzo dużo innych lokalnych tematów. Podejmowaliśmy inicjatywy uchwałodawcze dotyczące wysokich cen ścieków. Udało się doprowadzić do tego, że w Krzyżanowicach pojawił się paczkomat.

Angażowałam się też w sprawy sołeckie. Na zebraniach wiejskich mieszkańcy decydowali o przeznaczeniu pieniędzy z funduszu sołeckiego. Przekonywałam ludzi, żeby część środków przeznaczyć na rzeczy dla dzieci. Dzięki temu powstał pumptrack i tyrolka.

Podejmowaliśmy również działania dotyczące wodociągów i kanalizacji. Przyłącza były rozwijane z mojej inicjatywy, razem z mieszkańcami.

Co było najtrudniejsze w tej codziennej działalności?

To, że wiele inicjatyw wymagało uchwały rady gminy. Trzeba było poświęcić bardzo dużo czasu, przygotować dokumenty, przekonać mieszkańców, zebrać argumenty, a później iść z tym do rady. I często te inicjatywy były odrzucane.

Miałam wrażenie, że radni czasem bardziej patrzyli na to, kto daną inicjatywę zgłosił, niż na to, czego ona dotyczy. To było bardzo frustrujące. Człowiek poświęca czas i energię, przygotowuje coś dla mieszkańców, a potem nie jest to nawet rozpatrywane wyłącznie merytorycznie.

To sprawiło, że zaczęła pani wycofywać się z typowej działalności samorządowej?

Tak, częściowo. Uznałam, że nie chcę już cały czas działać w ten sposób. Nadal chciałam pomagać ludziom, ale potrzebowałam zmienić obszar działania.

W tym roku założyłam drugą fundację – W drodze po moc. Zajmuje się ona środowiskowym modelem opieki psychiatrycznej. Wysyłamy też pisma do ministra zdrowia.

To jest trochę inna forma działalności społecznej, ale idea pozostała podobna.

Hipermiasto

Towarzystwo Benderowskie

Dodaj komentarz

Skip to content