Kolorowe kredensy

Od kilku miesięcy po internecie krąży seria zdjęć „Stacked” autorstwa Malte Brandenburga, które prezentują w nietypowy sposób blokowiska Berlina Wschodniego. W komentarzach – zarówno tych internetowych, jak i artykułowanych w barowych rozmowach – przebrzmiewa zazdrość, że to NRD-owskie, a nie choćby wrocławskie bloki znalazły się w kadrach zdolnego fotografa. Problem w tym, że znaleźć się nie mogły, bo artysta nigdy nie osiągnąłby zamierzonego efektu.

Idealne niebieskie niebo, pastelowe kolory i bijąca z obiektów różnorodność – cechy zupełnie nieoczekiwane i niespodziewane po obiektach tworzonych z prefabrykatów. Te kadry, jak mówi autorka jednego z artykułów o Stacked, godne oka Wesa Andersona, rzeczywiście zachwycają. I prowokują, by zastanowić się nad kondycją blokowisk w krajach byłego bloku wschodniego. Szczególnie naszego kraju. Osiedla „taśmowe” były bowiem zarówno zbawieniem, jak i przekleństwem powojennego krajobrazu Polski.

Zalety były niepodważalne. Niewysoki koszt realizacji i szybkie tempo budowy pozwoliły na wypełnienie za pomocą tej technologii ogromnej pustki mieszkaniowej, jaka dotykała Polskę na przełomie lat 50 i 60. Zniszczenia powojenne Wrocławia, sięgające miejscami nawet ponad 70 proc. zabudowy, dotkliwe były jeszcze przez ponad 20 lat po wojnie – jednocześnie właśnie w tym czasie drastycznie rosła liczba mieszkańców polskich miast. Mieszkańców, którzy właśnie zaczynali potrzebować swojego M2, bo dorastać zaczęło pokolenie baby boomers, czyli urodzone zaraz po wojnie. A co za tym idzie, wyprowadzać się od rodziców i planować własne rodziny.

Betonowa konieczność

Równocześnie, ten mocno niekontrolowany proces zabudowy polskiego horyzontu podobnymi do siebie, betonowymi klockami zrodził negatywne poczucie bylejakości i braku tożsamości z miejscem, budynkiem i mieszkaniem. Uczucie z resztą, często pozorne. Zbudowane przez skojarzenie z brakiem wolności, ograniczeniem, koniecznością – bo przecież nikt nie dawał wyboru. Kiedy kraj przechodził zmiany gospodarcze, pokolenie przedwojenne myślało o blokach źle, bo tak bardzo różniły się od wspomnień dzieciństwa i tego co znali, gdy byli młodzi. Dojrzałe już wówczas pokolenie baby boomu wspominało beztroskie lata dzieciństwa, jeszcze bez bloków w miejskim krajobrazie, i poczucie konieczności do zamieszkania w nich, zapominając, jak bardzo cieszył ich ten własny kąt ćwierć wieku wcześniej.

Ich dzieci, pokolenie X, uważali bloki za konieczność, synonim braku wyboru i wolności, którą znali z amerykańskich filmów, które nie tylko budowały błahy mit amerykańskiego snu, ale też prezentowały ten nowy, zupełnie niedostępny w PRL-u, kolorowy świat, już postmodernistyczny w swojej estetyce. Trzy pokolenia ludzi, blisko 60 roczników, miało powody, by bloki znielubić, nawet znienawidzić. A kiedy przyszła stosowna możliwość, z zimną krwią ukarać.

Takie same?

Kara o której mowa, w dużym stopniu nie była świadomym działaniem na niekorzyść, jednak dostrzegalna jest gołym okiem. Gruby, tani styropian, kiepski tynk strukturalny i mdłe kolory, wybierane przez sekretarkę w spółdzielni mieszkaniowej to kazus, który dotknął kilkudziesięciu procent polskich osiedli. Skazanie na mieszkanie w bloku i wrażeniowa „identyczność” nie pozwoliła docenić architektury obiektów, zastanowić się nad tym co zrobić, by ją wyłuskać i podkreślić. Liczyło się tempo i zaznaczenie swojego miejsca, wyjątkowości, w jakikolwiek znany sobie sposób. Choćby poprzez wielką czerwoną plamę w kształcie koła na środku elewacji.

Ci, którzy w blokach już nie musieli się wychowywać, bo dorastali w nowych czasach, mieli w końcu szansę, by na prefabrykowane osiedla popatrzeć nieco inaczej. Dostrzec ich wyjątkowość i różnorodność. Najpierw tę społeczną, związaną z historiami ludzi, którzy betonowe szafy zamieszkują. Wyjątkowość ze względu na miejsce, w którym bloki powstały i kto miał w nich zamieszkać. Później warunki techniczne – różnorodność ze względu na skalę obiektów, gęstość w jakiej występują, układ urbanistyczny, uwarunkowania komunikacyjne i dostępność usług. W końcu aspekt architektoniczny, czyli wielość technologii, w jakiej powstawały i odmienne założenia estetyczne, które choć subtelne, przez wielu są już zauważane. Mając na uwadze wszelkie te aspekty można powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że komentując dwa dowolne blokowe osiedla powiemy: they’re not twins, they’re sisters [ang.: one nie są bliźniaczkami, lecz siostrami, przyp. red.].

Pospolite ruszenie

Blokowiska z prefabrykatów, choć budowane z podobnych elementów, są różne. Niczym klocki LEGO, które opierają się na tej samej zasadzie powtarzalnych elementów – z których zbudować można zupełnie odmienne formy, w zależności od przyjętych założeń. Paradoksalnie, upodobniła je właśnie szalona termomodernizacja, która doskonale wpisała się zarówno w proces transformacji z dzikim urynkowieniem, jak i w ogóle w historię kompulsywnych wyborów Polaków na przestrzeni wieków.

Próbę zatrzymania tego procesu i walki o lepszą estetykę polskich blokowisk podjął wrocławski raper i producent muzyczny LUC. We współpracy z drugim raperem, Sokołem, powołali w 2011 roku projekt Pospolite Ruszenie, który miał za zadanie „odkażać” estetykę naszych miejskich sypialni. LUC pisał wówczas: „Rodacy! O gustach się nie dyskutuje, ale o infekcji bezguścia i zapaleniu krajowej szpetoty dysputę czas rozpocząć. Ze swym pokręconym stylem twórczym nie uważam się za autorytet estetyczny. Nie chcę więc nic narzucać a jedynie zaprosić Was do debaty i poszukiwania kuracji dla elewacyjnej infekcji i pstrokatego chaosu naszych miast w ogóle. (…) zapraszam Was do wykorzystania naszej nieusuwalnej jak spóźnienia PKP cechy narodowej – POSPOLITEGO RUSZENIA – do naprawy mentalno-wizualnej Rzeczypospolitej. Wszyscy jesteśmy Pokoleniem Remontu!”

Próbę uznać trzeba chyba jednak za niezbyt udaną. Może dlatego, że akcja nie chwyciła tak bardzo, jak chwycić miała w założeniu. Bardziej jednak prawdopodobne, że problemem były niezbyt fortunne przykłady – co oznacza w zasadzie niezrozumienie materii, z jaką chciano się zmierzyć. Wśród „odkażonych” bloków znajdziemy więc na stronie Pospolitego Ruszenia zarówno rzeczywiście nie najgorsze przykłady, jak i bloki, które powielają wzorzec przeciętny, byle jaki. Upodabniający konkretne budynki do innych prefabrykowanych domów. Remont się nie udał.

Budynki niekadrowalne

Zazdrość, jaką wywołuje seria „Stacked” Malte Brandenburga jest zrozumiała. To piękne zdjęcia – chcielibyśmy więc, by i budynki w naszych miastach ktoś tak fotografował. Jednak większą zazdrość wzbudzać powinien fakt, że w Berlinie Wschodnim bloki wyglądają tak doskonale. Że ktoś może chcieć je sfotografować. Zazdrość powinien wzbudzać fakt, że zadbano o ich tożsamość, podkreślono wyjątkowość. I chociaż wiele z nich było w lepszej sytuacji od samego początku – bo NRD-owski Berlin miał być wizytówką wschodu, więc inwestycje miały zgoła inny kształt niż u nas – to jednak sposób, w jaki nasi sąsiedzi traktują blokowiska jest drastycznie odmienny od polskiego. I nie dotyczy to tylko Berlina i nie tylko wschodnich Niemiec, ale też naszych południowych sąsiadów – Czechów i Słowaków. Bo również tam, w większości przypadków, dba się o to, by przestrzeń wspólna była estetyczna. A blokowiska, które pozostały im po tych samych czasach i pod tym samym zaborem, nie wzbudzały wstrętu.

Projekt „Przestrzeń Wrocławia” realizowany jest w ramach programu Fundacji Batorego „Obywatele dla Demokracji” ze środków państw EOG.

***
Na zdjęciu: wrocławskie osiedle Kozanów (fot. Julo, Wikipedia/ domena publiczna).

Licencja Creative Commons Tekst jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych 4.0 Międzynarodowe.